piątek, 30 maja 2014

Przyjechała, żeby komuś wygarnąć/wyżyć się na kimś/wkurwić się na kogoś. Spełniła to. Przecież nie trzeba do tego trafić na tę osobę o którą chodziło.

Samowolka. Uprawiam tu wszystko z nutą przesady i lekką obawą, że zostanę nakryta. Mała dziewczynka od pięciu lat mieszka sama. Zawsze będę młoda do wszystkiego?
Czy gdybym miała innego chłopaka lub nie miała go wcale...Zakładając, że wiodłabym hulaszcze życie i zmieniałabym partnerów jak rękawiczki, o czym oczywiście nie chwaliłabym się za bardzo, to byłoby lepiej, nikt przy każdej możliwej okazji nie ostrzegałby mnie przed tym jakim obowiązkiem jest dziecko?
Wtedy babcia miałaby spokój ducha, że wnusia prowadzi się tak jak powinna, więc nie zamartwiałoby moją babcię jakieś szczęśliwe życie z stałym, kochanym chłopakiem, bo przecież byłaby grzeczną, dawającą dupy każdemu dziewczynką.
Czuję się jak wariatkowie.
Ciągle myślę o problemie, którego nie mam.
W końcu może to zacząć zakrawać o obsesję. Będę pełna obaw, że jak zajdę w ciążę to zniszczę sobie życie no i co na to powiedzą bliscy. Mam ochotę wszystko rzucić. Jest tyle czynników na które to wszystko się składa. Stres mojej matki, kiedy była młoda, a babcia ją prześladowała, że dziecko w jej wieku to pomiot. Matka zawsze przedstawiała babcię w takim świetle, jakby ta pluła na nią. Teraz matka chociaż w małym stopniu przelewa to na mnie. Tak ją nauczono. Może chce mnie ostrzec, może to jest troska, ale dla mnie te sprzeczne komunikaty, które dostaję, już mnie wyczerpują. Mam dość tego, że Tomek marzy o dzieciach, że kiedy jestem chora ojciec pyta czy jestem w ciąży, matka na każde zająknięcie się moje na temat dzieci(nawet jeśli temat, który zaczynam mnie bezpośrednio nie dotyczy, jeśli nie mówię w swoim imieniu)reaguje umoralniającym monologiem, a babcia jak się okazuje wszystko to napędza i przez matkę przekazuje, że zmartwiło ją jakieś gówno, które palnęłam w zwykłej rozmowie o wolontariacie w fundacji dla dzieci, kiedy rozmawiałam z nią na temat tego czym bym mogła się zajmować. Dla mnie to znaczy tylko to, że odechciewa mi się rozmawiać... Po co się produkować, nawiązywać kontakt z bliskimi, skoro oni albo nie słuchają, albo słyszą co chcą... Wyciągają dla siebie to, co mogą przekazać innym, o czym mogą paplać, czym robić zamęt w rodzinie... "Mnie to wszystko nie obchodzi... Mnie obchodzi, że Gosia jest chora". Znajduje jednak czas na bredzenie głupot. Gdzie w tym wszystkim ja? Nie wiem już czy przez stukniętą rodzinę czy to rzeczywiście moja wola - nie chcę dzieci... Chcę o nich myśleć - jak najbardziej... To kochane, szczere stworzenia(jak to powiedziała babcia - kiedy są małe). Mieć dziecko to pewnie piękne doświadczenie, nawet jeśli ma taki ryj jak z pulpetowatych muminków, jak to często zdarza mi się ostatnio widzieć w centrach handlowych lub na ulicy. Nieważne, to jest kogoś świat. Moim światem jest co innego, kto inny. "Nie wiem czy chcę rozmnażać się". Nie chcę słyszeć opinii dziadków, ojców, matek, Tomków... Nie chcę czegoś co w jakiś sposób próbuje na mnie wpłynąć. Po prostu jeżeli chcesz mnie zmieniać, wpływać na moje decyzje, pierdolić morały, mówić na co mam przeznaczyć pieniądze albo życie to zejdź mi z drogi. Wróć, kiedy będziesz traktować mnie jak równego człowieka.

A przecież tak na dobrą sprawę mogę już mieszkać sama, mogę jarać w domu, jeśli tak mi się podoba, mogę robić sobie sama obiad, kurwa, pranie! Pranie! Nie, nie umiem, nie mam rączek! ... Tak bardzo boli mnie to, że robi się ze mnie kalekę. A od pięciu lat na dobrą sprawę(z nutą przesady, ale czy więcej mój ojciec był czy raczej go nie było?)ogarniam to co mi potrzeba, bo często, za często było tak, że nikt tego za mnie, dla mnie nie zrobił. W jakim miejscu ja jestem księżniczką bądź czymś uhonorowaną młodą damą? Jestem siedemnastoletnią córką, która wracała sama w nocy z domu koleżanki albo z pubu, nie miałam pieniędzy na taksówkę, tatuś nie mógł przyjechać, choć inne córeczki wiodły lepsze życie i nie bały się, że ktoś je napadnie. Jestem osiemnastoletnią córką i dziewczyną(/partnerką), która jest w takiej samej sytuacji i znowu musi liczyć sama na siebie, bo ojciec i chłopak są zajęci, a ja drżę o swoją dupę, ale idę, chociaż niby jestem dzieckiem! Przecież w innych sytuacjach boicie się o to samo dziecko, że zmarnuje sobie życie! Teraz to gdzieś umyka i na chwilę jestem obca i biedna, sierotka Marysia wraca sama, wycierając w rękawek mokre oczki... Ile może to się tak ciągnąć? Chcę niezależności. Będę zdana na siebie, dobrze, nie jest mi żal, jeśli jestem zdana na siebie, to jestem zdana na najlepszą osobę na świecie. Nie potrzebuję pomocy, żeby "przewieźć moją dupę", żeby mnie nakarmić, żeby mnie bronić, żeby mi towarzyszyć. Skoro to ani kompan, ani matka, ani przyjaciółka, ani "siostra"... Po co tak kręciłaś się koło mojej dupy, mamo? Po co szukasz kontaktu, skoro słyszę potem, że wszystko mi wyrzucasz? Lepiej jest wracać autobusem z działki, kiedy do Ciebie przyjeżdżam, lepiej nie korzystać z "wielkich usług", które dajesz mi wraz ze swoim Lubym, lepiej nie jeść u Ciebie, nie przychodzić na obiadki, bo potem będę z nich rozliczana, lepiej nie umawiać się z Tobą, bo kiedy poświęcę Ci za mało czasu, a Ty się nudzisz!, bo jesteś bez Staszka, to wyrzucisz mi, że "wolę od matki koleżanki", jeżeli będę u Ciebie za długo usłyszę o własnym ojcu, że to "kutas, który porzucił rodzinę i woli obce dzieci, pani szmata nim manipuluje i mówi mu, żeby nas nie kochał".

"Kolejny raz zmywam z siebie brudy codziennego dnia i mam nadzieję, że robię to ostatni raz", jak Ty, tato.
Kieruję prysznic na swoją twarz, oblewają ją strumienie wody i mam nadzieję, że coś się skończy.

Nie chcę do tych ludzi, którzy bzyczą jak muchy. Właściwie, w pracy, myślałam, że to ja jestem tą muchą, która wierci ludziom dziurę w brzuchu, naprasza się, namolnie lata obok nich, po to, żeby w końcu ją zabili. Nie chcę być wzięta za muchę i zabita przez rój much, przecież ja mam być motylkiem...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz